pamietnik/17/Kwiecien-2010-S-Y-Sharky-na-granicy-kola-podbiegunowego-Szczecin-Bodo

 

     Był kwiecień po 2100 kiedy to odebrałem telefon od Bartka: Stary Bałtyk wzywa- trzeba przeprowadzić jacht z Polski do Bodo Płn. Norwegia – jutro o 1500 wychodzimy – płyniesz? Pytanie – Jasne daj mi godzinę na załatwienie wszystkich rzeczy!!! O godzinie 0500 rano już siedzieliśmy z Kurcze-kurcze w przedziale pociągu mknącego do Szczecina. 14:00 na miejscu – ształowanie – 1600 wychodzimy! 6 osób załogi. Bałtyk przywitał nas zimnym mokrym sztormem. Od 0600 rano prowadzimy z Kurcze – obydwoje zmarznięci, w pasach bezpieczeństwa, mokrzy od deszczu i wchodzących fal na pokład. Kolega zaniemówił wiec po chwili pytam czy wszystko ok.? Odwraca się uśmiechnięty: -jasne kriogenika! I bicze wodne! To jak sanatorium . Śmialiśmy się do łez  tego tekstu. W związku z tym, że siła wiatru rosła schowaliśmy się do Sasnitz.

          Zjedliśmy spokojnie ciepły posiłek, przebraliśmy się i powoli ruszyliśmy w dalszą drogę. Tak naprawdę byliśmy zobligowani czasem- musieliśmy zmieścić się w czasie 3 tygodni. Sharky skierował swój dziób na cieśniny duńskie, Kategatt, następnie Skagerack by zatrzymać się na postój w Kristansand w Norwegii południowej. Tutaj również tylko chwilka. Tankownie, suszarnia w marinie, ugotowaliśmy dobry ciepły obiad, wyokrętowaliśmy Grzegorza, zgodnie zresztą z wcześniej ustalonym planem – musiał wracać do pracy. Zostaliśmy w 5-tkę. Przynajmniej słońce zaczęło nam świecić. Sprawdziliśmy prognozy, były niekorzystne. Po 4, 5 godzinach ruszyliśmy w dalszą drogę. Piękne słońce, silny mocny wiatr – ale miałem fajną wachtę. Siedziałem sobie na pokładzie dobre 9 godzin wygoniłem załogę pod pokład. I byłem w moim świecie – prowadziłem duży jacht po rosnącej fali, wiatr powoli tężał. To była dobra żeglarska pogoda.

        Niedaleko przed dziobem rósł front burzowy dookoła robiło się ciemniej, wiatr wciąż tężał. Nadchodził sztorm… to też piękne choć groźne chwile. Morze się budziło… fala wciąż rosła. Wychodziliśmy ze Skageracku na Morze Północne – tu zawsze się coś dzieje. Ponieważ rozwiewało się fale cieśniny zderzały się z falami z morza północnego to z kolei powodowało, że rosły mocą i wielkością do imponujących rozmiarów. Zawołałem Jacka – kapitana prowadzącego – musimy zrefować Genue (jeden z przednich żagli) w dolinie fali mocno nią targa – nie wytrzyma długo. Chłopaki wysypali się na pokład decyzją Jacka zmieniamy Genue na małego foka sztormowego w 15 min zrobiło się ciemno i mieliśmy poważny kłopot ze zrefowaniem Genui choć silnik pracował pełną mocą. To był duży i mocny Yanmar. Udało się. Sztormujemy. Zostałem na pokładzie wpięty w szelki bezpieczeństwa – Siła sztormu rosła. Szaro, pasma białej wody niesione po jej powierzchni, wiatr zrywa z grzbietów fal wodę i ciska ją w oczy. Morze zaczyna huczeć. Jest grubo. W tym momencie tracimy silnik ! spadają obroty utrzymując się na całej naprzód w okolicach 2000 tysięcy. Nie ma czasu myśleć odstawiamy katarynę więcej nam nie pomorze. Fale zrobiły się naprawdę duże. Sharky przyjmując wodę na pokład dzielnie walczy, problem w tym, że na trawersie prawej burty ląd i skały a gdy jednostka wychodzi na falę mimo, że kręcę maksymalnie kołem sterowym w lewo staje się nie sterowny i wtedy wiatr spycha dziób obraca go w kierunku skał. Wołam Jacka mówie jaki mam problem, groza wisi w powietrzu. Jacek patrzy na mnie i odpowiada - … idę zrobić gołąbki. Zmieniamy się, skały coraz bliżej, prawie je widać. Zjadłem obiad w mesie – To były naprawdę pyszne gołąbki – w życiu takich nie jadłem. Idę spać. Sztorm miota mną w koi jak workiem. Zasypiam… otwieram oczy 5 godzin później, płyniemy jest dobrze, sztorm cichnie, czuć to w kabinie. Wyszedłem do mesy, rozmawiamy, dyskutujemy, plan jest taki: uciekamy w Fiordy norweskie – tam będziemy osłonięci od wiatru, przeglądniemy silnik. Tak też zrobiliśmy wpływamy w tatry na morzu – dech zapiera widok. Płyniemy jakby kanałami. Rozebraliśmy silnik na ile umieliśmy i na ile się dało. Wymieniliśmy przewody paliwowe, pompę paliwa, filtry nic dalej to samo max 2000 obrotów i 1/3 mocy. Podejrzewamy, że to coś z turbosprężarką. Zatrzymujemy się na chwile w małym porcie rybackim żeby zjeść coś spokojnie i wysuszyć ubrania. Zabieram Jacka na chwilę na bok: Jacek parę godzin temu stoję na wachcie mówię Ci o wielkim problemie a Ty mi odpowiadasz, że idziesz zrobić gołąbki …? Jacek patrzy na mnie spokojnie jest poważny, bardzo poważny odpowiada: Stary byliśmy tam oboje – co mogłem zrobić… nic więcej. Teraz dopiero zrozumiałem jakie brzemię wtedy niósł – faktycznie wtedy już nic nie dało się zrobić – Palec Boży, mogło się potoczyć tak jak się potoczyło lub inaczej – lecz były tylko dwa wyjścia i zupełnie niezależne od tego co zrobimy i jak się zachowamy. Tak jest tam na Morzu- możesz być najlepszym wspaniałym żeglarzem – jeśli żywioł zechce – pochłonie Cię. Z tym zimnym oddechem na plecach pływamy zawsze.  Szukamy serwisu Yanmara. Nigdzie nie ma, mówią, że jedynie w Kristansundzie na północy. Ok. wiec tam płyniemy. Przypłynęliśmy w weekend wiec nic nie zdziałamy, do poniedziałku stoimy. Odpoczywamy, cieszymy się jak dzieci – wysuszyliśmy wszystkie źródła C2H5OH na jachcie- wesele! Zrobiliśmy się nieźle odreagowywując stres minionych dni.

W poniedziałek nie wiele udało nam się załatwić – trudno, kurs na Bodo. Na północy słabo wiało więc się wypuściliśmy na granice koła biegunowego w poszukiwaniu wiatru. Zimno ale słonecznie i przyjemnie no i białe noce – jasno do 0000 potem na godzinę delikatnie szarzeje i 0100 w nocy mamy dzień. Złapałem zapalenie krtani- dusiłem się jak cholera. Martwiłem się, żeby kolegom nie zrobić kłopotu. Po za tym co – nawet dla śmigłowca trochę daleko. Po paru dniach gorączka i choroba ustąpiły. W końcu złapaliśmy dobry wiatr, który pchał nas szybko w stronę Bodo. W porcie docelowym rzuciliśmy cumy przed terminem. Do lotu w kierunku Polski mieliśmy 3 dni. Spędziliśmy je na odpoczynku, łowieniu ryb, przygotowaniu jachtu do pozostawienia.

Oglądaliśmy filmy na komputerze Jacka całą załogą popijając coś mocniejszego dla rozgrzewki. To był fajny czas i wielka przygoda. Powrót był długi: najpierw samolotem do Oslo, potem do Berlina stamtąd do Szczecina i pociągiem w końcu do Krakowa – gdzie czekała na mnie na dworcu moja ukochana Magdalena ze Stefcią. Wsiadłem rano do samochodu i pojechaliśmy sobie w góry na wycieczkę. Madzia raz po raz na mnie patrzy i w końcu pyta gruchozolu ja w kurtce, swetrze, bluzce ciepło ubrana – nie zimno Ci ?  Nie, - odpowiadam, właśnie miałem mówić, że jakoś tu duszno… idąc w podkoszulku… Witaniom nie było końca, nie było mnie ponad trzy tygodnie.

 

Wszystkie zdjęcia z rejsu znajdziecie Państwo w dziale galeria

 


back