pamietnik/9/Pazdziernik-2005-Ostatni-jesienny-Rejs

 

            Powiadają, że w życiu nic nie dzieje się tak po prostu… hmm. Pojawiła się ostatnia szansa na to by jeszcze tego roku wyruszyć w morze. Ostatnie 5 dni w tym sezonie – nie zastanawiałem się długo. Ten rejs miał okazać się bardzo ważnym dla mnie, choć wtedy jeszcze tego nie wiedziałem. Rozpoczęliśmy w Starym Porcie – następnie do pociągu. W przedziale najpierw radości potem spiewy a potem długie rozmowy o ważnych i istotnych sprawach w życiu. Magdalena tu się tak ładnie cieszy…

                Nie pamiętam już ile jachtów wtedy wyszło z Górek Zachodnich – chyba 3. Favorita, Rafaela, na pewno 3 ciej nazwy nie pamiętam. Tak czy inaczej to miał być ostatni rajd tego sezonu starą  sprawdzoną drogą. Mieliśmy nowych znajomych na pokładach. Oni potrzebowali godzin stażowych, niektórzy byli pierwszy raz bo chcieli poznać morze a my, ja bo któregoś dnia skradło mi serce… Pogodę mieliśmy raczej przyjemną i ciepłą jak na tę porę roku. Nocami morze spokojne i pięknie rozgwierzdzone niebo. Prowadząc jacht patrzyłem daleko ponad top masztu, gwiazdy świeciły mocno „… podnieś głowę, spójrz w niebo – to właśnie moja bajka…” pisałem wtedy. Była, jest i będzie. Morze dla mnie to oaza, drugi dom. Ciężko opisać jak to jest kiedy się za nim tęskni, kiedy siadam na schodach, zamykam oczy widzę Je czuje wiatr na policzku, trzymam mocno ster, żagle pracują pełną powierzchnią a jacht przechylony na burtę płynie pokonując fale daleko za horyzont. Otwieram oczy schody, poręcz, ogród…tylko ten wiatr z północy wciąż na policzku. Wróćmy jednak do tamtego rejsu. Zupełnie jak to wcześniej bywało przystanek za przystankiem, wspólne obiady, spacery, zwiedzania i przeloty. Czas zaczął inaczej biec przy Włądysławowie około godziny 2300. Otóż  razem z JS byliśmy na pokładzie S/Y Favorita, JS dowodził ja byłem I oficerem. Podchodziliśmy do WŁA około 2200 jako pierwszy jacht z całej 3 ki może 4 ki. Chciałem udowodnić sobie, że potrafię i może też trochę zabłysnąć wiec szepnąłem – Słuchaj a może wprowadzę go do końca na żaglach co?! – jeżeli tylko dasz radę – padła odpowiedź z uśmiechem szelmowskim. Na morzu jest tak – wchodzisz na żaglach do portu stajesz, wszyscy biją Ci brawo a następnie przychodzi ktoś z kapitanatu i wręcza Ci słony mandat bo wykluczając sytuacje awaryjne jest to zabronione. No więc Favorita płynąc na żaglach spokojnie pokonała jeden basen Wła, potem drugi, następnie wpłynęła do basenu jachtowego gdzie pod moją komenda oddaliśmy cumy stając idealnie w stanowisku. W tym momencie, gdzieś za naszymi plecami włączają się światła błyskowe takie jak policyjne amerykańskie, biało- niebiesko-czerwone. Jakaś większa jednostka uruchamia swoje mocne silniki – i płynie w naszym kierunku. Lepiej pójdę zgłosić nasze wejście bo chyba będą problemy stwierdził JS, poczym pobiegł do bosmanatu. Jednostka ze światłami jak się okazało całkiem sporych rozmiarów i z silnikami chyba „odrzutowymi” tak było je słychać minęła nas włączyła potężny reflektor i ruszyła dużą prędkością w kierunku główek portu. Biegnie JS i z daleka krzyczy: Grucha to nie kapitanat, to nie kapitanat! To SAR  SAR! ( Serch and Rescue – Statek Ratowniczy) – Rafaela tonie !!! Wszyscy rzuciliśmy wszystko i biegiem puściliśmy się w kierunku główek portu. Tam widok upiorny: lekko rozkołysane morze widoczność 100% rogwierzdzone piękne niebo niby spokój – i jednostka ratownicza idąca na pełnej mocy silników z włączonymi potężnymi szperaczami w kierunku małych światełek jachtowych daleko stąd. W głowach błądziły pytania :co się stało?, czy ktoś wypadł za burtę ? żeby tylko byli cali…przecież tam jest Magdalena…Staliśmy tam nie wiem ile czasu, nikt z nikim nie rozmawiał, w kompletnej ciszy obserwowaliśmy ruch świateł reflektorowych jakieś 4Mm od nas. My tu stoimy a tam rozgrywa się dramat, nie można nic poradzić, nie można nic pomóc… można jedynie czekać. Nie wiem ile tak staliśmy, lecz staliśmy tam aż do momentu kiedy kuter ratowniczy z przycumowaną Rafaellą do burty, przegłebioną, miotaną falą, na wpół zatopioną minął główki WŁA. Koszmarny widok, - nie zapomnę nigdy widoku całej załogi w kapokach ratunkowych, stojących na pokładzie jednostki ratunkowej i S.Wójtowicza (naszego wielkiego mentora żeglarstwa i skarbnicy wiedzy), który uśmiecha się jak zwykle spokojny i opanowany  i mówi: „… wiecie co – dałem rady”. Okazało się, że podczas przygotowania do manewru wejścia do WŁA i próbie odpalenia silnika Rafaela straciła wał ze śrubą, który wypadł najnormalniej pozostawiając dużą dziurę w kadłubie. 7 tonowy jacht szybko zaczął tonąć. Nie było innego wyjścia trzeba było rozpocząć pełną procedurę wezwania pomocy – mayday. Używa się jej tylko w sytuacji zagrożenia życia załogi jest to bardzo poważna sprawa. Wspólnym rozmowom nie było końca aż do rana, emocje powoli spadały. Nazajutrz rozpoczęły się procedury papierowe, wyjaśnianie wszystkich okoliczności, protokoły, wezwano armatora.

Nieprzyjemne sprawy. Popołudniem przyszedł do mnie Wuju i rzecze: gruszeczko szukam dobrej załogi, trzeba Rafaele z kołkiem w kadłubie odprowadzić do domu. To niebezpieczne, armator się uparł jeżeli wypłyniemy SAR drugi raz nie wyjdzie do nas – co Ty na to?... Jak to co?! Z Tobą Wuju choćby i do piekła – jasne, że płynę! I tak oto ruszyliśmy pod komendą SW z armatorem na pokładzie do portu macierzystego. To były nie zapomniane chwile czerpiąc ze studni doświadczenia Sławka i szczęśliwe godziny wachty z Magdaleną. 

            Cieszyliśmy się jak dzieci…Po około 48 godzinach Rafaela bezpiecznie wróciła do domu. Wieczorem rozpoczęliśmy drogę powrotną – jeszcze zatrzymując się w Gdańsku na chwilkę. Patrzyłem w uciekający krajobraz za oknem przedziału, w sercu powoli wstawał świt i nadzieja na to, że w życiu wszystko jest możliwe. Nadchodziła jesień i zima – to będzie ciężki czas…

 

Wszystkie zdjęcia z rejsu dostępne są w dziale galerii.

 


back